Ktoś mógłby powiedzieć, że nasze światy ze sobą graniczą.
Może i byłoby to racją, gdyby mój świat miał jakiekolwiek granice.
Bo może fizycznie ma wymiary ok. 3,5x4x2,5 m ale nie jestem aż taką materialistką, żeby własną przestrzeń rozpatrywać w kontekście czysto namacalnym.
Mój umysł, wola, dusza, świadomość - wszytko to ograniczone ludzkim ciałem. Czy długo wahałabym się, żeby z niego zrezygnować?
Esh, bogowie... czemu nie urodziłam się na własnych kartkach papieru, czemu nie wyszłam spod własnego pióra...
Bo to by była utopia.
Tak wiem, lubię mówić o sobie w trzeciej osobie, też mi się wydaję, że mam rozdwojenie jaźni. Wolę być po tamtej stronie lustra.
Z całą niechęcią do goździków, mam na nie ochotę. Póki jeszcze mam tę fizyczną część siebie...
Czy tylko ja to zauważyłam?
To moje "jeśli mam być szczera...", "szczerze mówiąc..." itd.?
Ch., czyżbyś przez to obwiniała innych o nieszczerość?
A może siebie samą?
I macie rację.
Żyję w swoim świecie.
Wykreowanym na własne potrzeby.
Na potrzeby potrzeb.
I to chyba musi być zajebiście różny świat od tych waszych, skoro potraficie go dostrzec.
Nie, już wiem.
Po prostu wy czasem potraficie być realistami, a mnie co najwyżej zdarza się być obiektywną.
Za każdym razem, kiedy zaczyna dochodzić do mnie, że zachowuję się jak nie ja, twardo temu zaprzeczam (przed samą sobą, na litość!) utwierdzając siebie (sic!) w przekonaniu, że właśnie teraz czuję się najbardziej sobą.
Prawda jest taka, że jestem niewiarygodnie zmienna (choć ponoć stateczna) i podatna na wpływy (choć ponoć niedostępna i niezależna). Tak, tak, zdaje się, że ktoś mi wspominał o "pewności siebie".
Choć tak szczerze mówiąc, ch., to niezła z ciebie suka.